Nie było mnie tu prawie rok. Kurwa mać.
Rozpierducha życiowa trwa nadal. Pracy dać mi nie chcą, obronić się nie pozwalają, zdrowie szwankuje, kasy brakuje. Jak się pierdoli to widzę, że na całego. W głowie mam burdel, a w sercu dziurę.
Poznałam go, banalnie, w knajpie. Piłam jakiegoś drinka przy barze. Dosiadł się. Umówiliśmy się na sobotę. Poszliśmy na imprezę. Wylądowaliśmy u mnie. Rano wyszedł. Myślę sobie - "dostał co chciał-nie zadzwoni". Zdziwienie wielkie, bo zadzwonił, napisał, chciał się spotkać. Ok. Po dwóch tygodniach seksu w każdym możliwym miejscu, dowiedziałam się, że ma córkę. Zdarza się. Historyjkę też ładną opowiedział jak to jego żona, zginęła w wypadku samochodowym trzy lata wcześniej, że samotny, że chciałby znaleźć kogoś sobie, że jest gotowy. Kolejne miłe wakacyjne wyjazdy, noce, poranki. Wyjechałam z mojego miasta do stolicy. Nadal dzwonił, obiecywał, że się przeprowadzi, że szuka pracy, mieszkania, szkoły dla córki. Wracałam na weekendy do domu, by się z nim spotkać. I tak pewnie toczyłoby się wszystko dalej, gdyby nie, naj-zajebistszy-pod-sloncem-do-kurwy-nedzy portal nasza-szkapa. Życzliwa mi koleżanka, znalazła tam jego "zmarłą" żonę, całkiem dobrze się mającą. Zdjęcia z ich ślubu, który odbył się między jednym naszym seksem w piątek, a kolejnym w niedziele, zwalił mnie z nóg.